O demografii cz. 31

„Gleba daje tyle, ile wart jest człowiek uprawiający ją“ mówi chińskie przysłowie. Matka-ziemia ma dosyć miejsca i chleba dla wielu jeszcze milionów przyszłych pokoleń, jeżeli te pokolenia będą wiedziały, jak się sprawnie do pracy na niej zabrać. Ludzkość uparcie, acz asymptotycznie, dąży do osiągnięcia zupełnej równowagi pomiędzy liczebnym swym wzrostem, a postępem kultury, do optimum populacyjnego. To optimum nie jest wielkością stałą, lecz zmienną, zależną od każdorazowej umiejętności wyzyskania przez człowieka darów natury.

Wracając do alarmujących przepowiedni, śmiem twierdzić, że nikt z poważnych uczonych, wczasy swe tego rodzaju kalkulacjom poświęcających, nie stosuje się serio do ich wyników dla bardzo prostej przyczyny. Założenie, że ludność kuli ziemskiej wzrastać może ad infinitum w ogóle i że krzywa tego wzrostu identyfikuje się z linią prostą, może być oparte jedynie na dopuszczeniu stateczności norm tak rozrodczości, jak i śmiertelności, przy przewadze, rozumie się, pierwszego współczynnika nad drugim. Otóż już kilka przytoczonych cyfr, znanych dokładnie każdemu demografowi, obala tego rodzaju supozycję, która poza tym musiałaby mieć, jako konieczną przesłankę, hipotezę o równomiernym, ciągłym wzroście w nieskończoność otaczającej nas przestrzeni, czego w rzeczywistości nie obserwujemy. Wprost przeciwnie. Według ostatnich dociekań Einsteina nawet wszechświat ograniczony jest powierzchniami skończonymi. Nie mamy potrzeby jednak uciekania się do tych złożonych dowodzeń. Powszechnie znane fakty demograficzne mówią za siebie. Zresztą nie może być inaczej. Jak zewnętrzne, tak i wewnętrzne przyczyny działały i działają stale w kierunku ciągłej modyfikacji naturalnego przyrostu ludnościowego.

Comments
  1. 3 miesiące ago